ASIA,  LAOS

GIBBON EXPERIENCE, Laos – dżungla, domki na drzewie i zip-line’y

O projekcie Gibbon Experience w Laosie dowiedziałam się zupełnie przez przypadek, kiedy szukając pomysłu na zimowy wyjazd w ciepłe kraje szukałam informacji o tym, co można zobaczyć w Laosie. Mam wrażenie, że Laos jest jednym z tych azjatyckich krajów, o których w Polsce praktycznie nie słychać. Tajlandia wiedzie prym, za nią pewnie Wietnam, Indonezja… Laos natomiast jest NIEDOCENIONY. Po zjechaniu go z północy na południe ląduje na moją listę ulubionych państw (obok plasują się Filipiny i Włochy). To właśnie w tym magicznym kraju, dane nam było spędzić 3 cudowne dni w dżungli. Ale od początku… 


GIBBON EXPERIENCE, LAOS – POCZĄTKI PROJEKTU I WIZJA

Lasy tropikalne są zagrożone. To fakt, który wynika ze stosowanych aktualnie praktyk nielegalnego wycinania drzew, komercyjnych upraw, podpaleń oraz ogólnie złego zarządzania tymi terenami. Z tego powodu projekt Gibbon Experience od 1996 roku ma na celu zagwarantowanie zrównoważonej przyszłości dla lasu Bokeo, położonego w północnej części kraju. Twórcy projektu wychodzą z założenia, że tylko ludzie zamieszkujący te tereny wiedzą, jak je traktować. Dlatego właśnie, projekt zapewnia miejsca pracy dla ponad 120 osób mieszkający w wiosce w dżungli.

Myślę, że wizja projektu Gibbon Experience jest naprawdę wyjątkowa: Domki na drzewie  oferują spojrzenie na las z innej perspektywy, stanowią ucieczkę na dach flory i fauny. Będąc na szczycie, podziwiając zróżnicowanie biologiczne, zarówno odwiedzający, jak i pracownicy chcieliby, aby trwało to wiecznie. Projekt Gibbon Experience jest więc symbolem i alegorią pojednania się człowieka z naturą.

Na chwilę obecną w lesie Bokeo możemy znaleźć 8 domków. Każdy z nich stanowił nowe wyzwanie dla lokalnych pracowników.  Budowanie nowego domku, rozpoczyna się od poszukiwania odpowiednio starego i mocnego drzewa. Trzeba wdrapać się na kilka, sprawdzić korzenie, bliskość źródła wody i widok, który można podziwiać będąc na szczycie…


3 DNI W RAJU – CO ROBIMY W TRAKCIE  GIBBON EXPERIENCE?

Swoją przygodę rozpoczynamy od spotkania pierwszego dnia o 8 rano w biurze Gibbon Experience, które znajduje się w miasteczku Huay Xai położonym centralnie na granicy z Tajlandią. Na sam początek sympatyczny Laotańczyk opowiada nam o genezie projektu oraz wprowadza do zasad bezpieczeństwa, którymi rządzi się dżungla.

Na 3 dni w dżungli należało ograniczyć bagaż do minimum, więc zostawiamy nasze duże plecaki w biurze. Do małych pakujemy natomiast tylko: szorty i t-shirt na zmianę, coś do spania w domku na drzewie, żel pod prysznic, podręczną apteczkę, dokumenty (paszport, ubezpieczenie), butelkę wody, aparat, Go Pro oraz power banka (w domkach nie ma prądu). Większość czasu będziemy maszerować z plecakami na plecak, dlatego dużo łatwiej będzie z jak najmniejszym bagażem.

Tego ranka w biurze, jest ok. 30 osób. Przed 10 rano kierowcy pik-up’ów zabierają nas w stronę lasu Bokeo. Po godzinie jazdy normalną drogą, przejeżdżamy PRZEZ RZEKĘ i lądujemy na piaszczystej, nierównej, żwirowej drodze. To znak, że zbliżamy się do dżungli! Bujamy się w aucie ponad godzinę aż dojeżdżamy do wioski, w której zostajemy podzielenie na grupy. Mi i Kubie będzie towarzyszyć jeszcze John i Dores – para po 50-stce z Kanady oraz Karen – pani anestezjolog z Nowej Zelandii, która po latach spędzonych na medycynie postanowiła zrobić sobie roczną przerwę i zrealizować cele, na które nie miała czasu w trakcie i po studiach. Do naszej piątki dołącza dwóch lokalnych przewodników – Yia i Kachoua.

Rozpoczynamy wędrówkę wgłąb dżungli. Kilka razy przechodzimy przez rzekę (wygodnie więc jest mieć sandały, które można zamoczyć w wodzie albo wodoodporne adidasy), spacerujemy między plantacją pomarańczy aż w końcu docieramy do punktu, z którego musimy zacząć się wspinać.


NAJWIĘKSZA ZABAWA, CZYLI ZIP-LINE’Y

Po niecałej godzinie docieramy do drewnianej chaty, zamieszkiwanej przez laotańską rodzinę. Tutaj każdy z nas dostaje całe mocowanie, które umożliwi nam poruszanie się na zip-line’ach rozwieszonych w lesie. To bowiem, kolejny element zabawy w trakcie 3 dniowej przygody! Aby przemieszczać się między wzgórzami, aby dotrzeć do domku na drzewie i aby z niego wyjść, będziemy musieli podpinać się na rozwieszone liny i frunąć na nich jak disney’owski Tarzan nad drzewami.

Każdy dostaje swoje zapięcia i każdy musi pilnować ich jak oka w głowie. Dalszą część dzisiejszej trasy przemierzamy już z założonymi mocowaniami na obu nogach, w biodrach i w pasie. Aż docieramy do pierwszego zip-line’a! Yia, nasz przewodnik, pokazuje nam po raz pierwszy jak działają mocowania. Ostrzega nas, aby zawsze podwójnie sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli jesteśmy pewni swojego bezpieczeństwa, nie pozostaje nic innego, jak tylko puścić się i lecieć!

Pierwszy zjazd był wyjątkowy! Zip-line’y zamocowane są w większości między dwoma górami, po to aby można było przemieścić się między nimi dosyć szybko. Większość z nich zawieszona jest na 200 metrach od ziemi, natomiast ich długość rozciąga się od 200 do ponad 400 metrów. Jadąc na 400 metrowej linie, zawieszonej 200 metrów nad ziemią czułam się jak ptak latający nad piękną, zieloną, dziką dżunglą. Takie emocje jest tak ciężko opisać. Są po prostu wyjątkowe.

W ciagu 3 dni każdy z nas zjechał zip-linem conajmniej 30 razy. Był to sposób na przemieszczanie się, ale też i dobra zabawa z całkiem sporą dawką adrenaliny! Jedno jest pewne – świat z takiej wysokości, w locie wygląda zjawiskowo. 


JAKA JEST DŻUNGLA? I CO Z TYMI GIBONAMI?

W dżungli spędziliśmy 3 pełne dni. Jaka ona jest? Jest piękna, ale tak inaczej piękna. Jest baaardzo różnorodna, ale i nieuporządkowana. Rośliny same decydują, w którą stronę będą rosły, bambusy przecinają sobie drogę i wygrywają z największymi przeciwnikami. Tu mają swój dom ptaki, insekty, zwierzęta, które niestety chowają się przed człowiekiem, dlatego bardzo ciężko jest zaobserwować je w dżungli. Na terenie, na którym się znajdowaliśmy można też spotkać człekokształtne mapy, zwane gibonami. Stąd też nazwa projektu „Gibbon Experience”! Gibony są pod ochroną. Szczęśliwcy mogą usłyszeć ich śpiew z rana. Nam niestety się nie udało, ale nasi lokalni przewodnicy mówili nam, że zdarza się nawet zobaczyć gibony skaczące po drzewach! To musiałoby być przeżycie!


ŻYCIE LOKALNEGO LAOTAŃCZYKA

W trakcie wędrówki przez dżunglę Yia i Kachoua opowiadają nam dużo o swoim życiu w dżungli. Pokazują nam, które rośliny są dobre na skaleczenia, które działają na bóle głowy, na których można grać. Dają nam też spróbować miąższu z łodyg różnych kwiatów a nawet pokazują te trujące gatunki! Dowiedzieliśmy się również, że większość osób zamieszkujących wioski w Laosie ma możliwość edukacji jedynie do ukończenia podstawówki. Później, jak to powiedział Yia, zostaje już tylko „relax na wsi”. Dzieci pomagają swoim rodzicom w prowadzeniu domostwa, dbaniu o uprawy i wychowywaniu młodszego rodzeństwa.

Szczęśliwym trafem Yia i Kachoua któregoś dnia usłyszeli, że projekt Gibbon Experience zaczyna się szybciej rozwijać oraz poszukiwani są lokalni ludzie do współtworzenia przedsięwzięcia. Wybrali się więc do wioski ponad 10 lat temu i od tamtego czasu pracują przy projekcie. Teraz mają 26 lat i oprowadzają odwiedzających po dżungli oraz pomagają przy budowaniu nowych domków na drzewach, montowaniu zip-line’ów i pielęgnowaniu dżungli.

Wyznają animizm. Wierzą w  energię dżungli oraz posiadanie duszy przez rośliny czy zwierzęta. Oboje żonaci. Jak na razie z tylko jedną żoną. Akceptują poligamię i żartobliwie opowiadają nam o tym, jak nie do końca łatwo przekonać jest pierwszą żonę do poszukiwania drugiej.

Jak dla mnie to historie totalnie oderwane od rzeczywistości, ale przecież mówi mi to prawdziwy człowiek i opowiada o swoim życiu. Podróże zawsze uczą mnie czegoś nowego. Czasem jest to związane z odkrywaniem rzeczy, o których nigdy nie miałam pojęcia. Często chodzi o to, żeby zrobić coś po raz pierwszy. A czasem po prostu nauka ta polega na otwarciu się na kolejne kwestie, które tak szokujące w naszej kulturze, są czymś normalnym w innej. 


NAJPIĘKNIEJSZA PORA DNIA, CZYLI ZACHÓD SŁOŃCA

W obydwa wieczory, chwilę przed zachodem słońca docieramy już do naszego domku na drzewie, gdzie mamy spędzić noc. Domki są magiczne. Zbudowane na starym, wielkim drzewie, w miejscu, z którego panorama dżungli jest bardzo wyjątkowa. Każdy z nas ma swój materac, kołdrę, poduszkę oraz materiał, który ma dawać nam odrobinę poczucia bezpieczeństwa, tworząc bardzo cienką i słabą (ale jednak!) granicę między nami o światem podczas snu. Nigdy nie sądziłam też, że to właśnie w dżungli będę mogła znaleźć się w najbardziej nadzwyczajnej łazience na świecie! Przez szpary w podłodze widać ziemię… kilkadziesiąt metrów niżej. Prysznic na świeżym powietrzu z TAKIM WIDOKIEM. Biorąc zimny, lodowaty (bo jedyna ciepła woda w dżungli wykorzystywana jest do gotowania) ale i kojący po całym dniu wędrówki prysznic, patrzę przed siebie i naprawdę czuję się, jak cząstka tego bajkowego świata.

W trakcie zachodu słońca, cała dżungla spowita jest pastelowymi odcieniami czerwonego i pomarańczowego. Natomiast w trakcie wschodu słońca wyłaniała się spod gęstej, białej mgły. Siedzę i patrzę, starając się zapamiętać jak najwięcej detali i dźwięków, które pozwolą „wrócić” mi do tego miejsca w przyszłości. 


DROBNOSTKI, KTÓRE CIESZĄ

Tutaj muszę powiedzieć Wam o jedzeniu! Jestem pewna, że w ciągu całego naszego wyjazdu żaden posiłek nie smakował mi tak, jak te zjedzone w dżungli! Pod każdym domkiem na drzewie, w dosyć bliskiej odległości, stoi dom, w którym zamieszkuje rodzina, również pracująca dla projektu. To od nich dostajemy jedzenie 3 razy dziennie. Zawsze to Yia i Kachoua przywożą nam półmiski i ogromny czajnik z herbatą, oczywiście zjeżdżając na zip-line’ie (to zawsze jedyny sposób, że dostać i wydostać się z domku). Generalnie, oni to na tych zip-line’ach to robią takie akrobacje! Jak w cyrku. Ale nie ma się co dziwić po tylu latach praktyki!

Podstawą każdego posiłku jest laotański klejący ryż, który klei się tak, że często ciężko rozdzielić go od siebie. Jednak jak on smakuje… Oprócz tego dostajemy proste posiłki składające się z mięsa z sosem i dużej ilości warzyw. Smak potraw jest bezbłędny. Jemy na świeżym powietrzu, siedząc w domku zawieszonym na kilkudziesięciu metrowym drzewie, używając do jedzenia rąk, oblizując palce ze smakiem. Po 3 dniach jedzenia praktycznie tego samego na śniadanie, lunch i kolację, nadal nie jest mi nudno!  


WSZYSTKO CO DOBRE SZYBKO SIĘ KOŃCZY

Ostatniego dnia, po ostatnim wschodzie słońca, ostatnim przepysznym śniadaniu, ostatniej wędrówce przez dżunglę przychodzi też czas na ostatni zjazd zip-line’m, do których zdążyliśmy się już całkiem przyzwyczaić! Koło południa docieramy z powrotem do wioski, z której rozpoczęliśmy hiking pierwszego dnia. Po 3 dniach dużego wysiłku i zasłużonym, dobrze schłodzonym Beer Lao, wpakowujemy się na pakę pik-upa i wracamy do Huay Xai, skąd wybieramy się w drogę powrotną do Luang Prabang aby na kolejny dzień dotrzeć do klimatycznego Vang Vieng. 


GIBBON EXPERIENCE, LAOS – SZCZEGÓŁY PROGRAMU

Do wyboru są 3 programy.  Więcej możecie dowiedzieć się na stronie organizacji. 

Classic Tour – najłatwiejszy szlak z najkrótszą wspinaczką, z najlepszymi miejscami do wypatrzenia gibonów, zip-line’y (3 dni, 305 EURO)

Waterfall – bardzie aktywny program, dłuższa i cięższa wspinaczka, z przerwą na kąpiel w wodospadzie, zip-line’y, spanie w dwóch różnych domkach na drzewach (3 dni, 305 EURO)

Express – więcej zip-line’ów, dużo krótsza wędrówka (2 dni, 190 EURO)

My zdecydowaliśmy się na opcję Waterfall. Uważam, że wszystkiego było pod dostatkiem. Hiking momentami był ciężki, ale po każdej górce przychodziła pora na łatwiejszą ścieżkę albo zasłużony zjazd „zip-line’m”. Fajnie było też spać w 2 różnych domkach. 

Jeśli chodzi o koszta to kwota jest wysoka, dlatego też długo zastanawialiśmy się przed zarezerwowaniem terminu. W porównaniu do innych cen w Laosie, to naprawdę spory wydatek. Jednak przeżycia, chwile i przygody jakich mogliśmy doświadczyć w ciągu tych 3 dni są warte każdych pieniędzy. Jeśli więc kogoś stać na ten projekt, gorąco polecam i uważam że jest warty każdej kwoty. Część z ceny, którą płacimy idzie na wypłaty dla wspaniałych pracowników Gibbon Experience, na utrzymanie domków na drzewie w idealnym stanie oraz budowanie kolejnych. Warto wspierać takie inicjatywy, które pozwalają przeżyć każdemu kolejnemu odwiedzającemu tak wyjątkowe chwile! 


JAK DOSTAĆ SIĘ DO HUAI XAI?

Do Huai Xai najłatwiej jest się dostać z Luang Prabang. Bus odjeżdża wieczorem, o 20 i dociera na dworzec autobusowy koło 5 rano. Kosztuje 180.000 KIP / 80 zł. Z dworca tuk tuk dowiózł nas prosto pod office Gibbon Experience. Dookoła znajduje się wiele barów otwieranych o 6 rano, także można tam poczekać 2 godziny do otwarcia się biura i zjeść śniadanie. 

Jest też transport z Tajlandii. Autobusy wyjeżdżają z Chiang Mai i również docierają na granicę w Huai Xay. 


Teraz żegnam się z Wami tym pięknym zdjęciem. Wspomnienie tego domku zawsze będzie wywoływało radość i ekscytację w moim sercu!  

komentarzy 17

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: