Tarasy ryżowe i nasze przygody | CHINY

O spacerze po tarasach ryżowych marzyłam od dziecka. Kiedy 4 lata temu zaczęłam swoją przygodę z językiem chińskim, wiedziałam że chińskie uprawy ryżu będą na pierwszym miejscu mojej travel listy. Bez wahania więc zdecydowałam się zabrać tam całą rodzinę w lipcu i odkryć miejsca, które w rzeczywistości okazały się jeszcze bardziej urokliwe niż sobie je wyobrażałam.

OPOWIEM WAM WIĘC HISTORIĘ…

W środę 11 lipca pożegnaliśmy się z Szanghajem i po 2,5 godzinach lotu, dotarliśmy do Guilin 桂林 – stolicy prowincji Guangxi w południowych Chinach. Wieczór spędziliśmy na spacerze dookoła pięknie oświetlonego jeziora Shanhu Lake oraz poszukiwaniu kamiennego grzbietu słonia Xiangbi Mountain 象鼻山, czyli dwóch wizytówek miasta. Wiedzieliśmy, że już jutro czeka nas podróż na pola ryżowe. Jako jedyna osoba, robiąca tym razem za przewodnika, przed wyjazdem przegrzebałam cały internet w poszukiwaniu wskazówek dotyczących podróżowania w tej części Chin. Jednak kraj ten rządzi się własnymi prawami a podróżowanie do najłatwiejszych nie należy. Pan w hostelu poinformował nas, że rozkład busów, z których chcieliśmy skorzystać, aby dojechać do pól ryżowych, jest raczej nieaktualny, ale on możne „gdzieś” zadzwonić i załatwić nam inny transport. Zaufać czy nie zaufać? Oto jest pytanie, które pojawiało się w naszych głowach prawie każdego dnia. Zdecydowaliśmy się jednak zaryzykować i posłuchać lokalnego.

DZIEŃ PIERWSZY

Następnego dnia po śniadaniu, wzięliśmy taksówkę i dotarliśmy do miejsca, gdzie powinien czekać na nas autobus. Faktycznie tam był! Punktualnie o 9:30 wyjechaliśmy z Guilin. Po przejechaniu ok. 80 km zostaliśmy pokierowani do mniejszego autobusu, który mógł wjechać do regionu Longsheng 龙胜. W kolejnym autobusie z nikąd pojawiła się pani, która proponowała nam kupno biletów powrotnych. Odetchnęliśmy z ulgą, ponieważ spodziewaliśmy się, że znalezienie takowych w wiosce otoczonej górami, będzie graniczyło z cudem. Zapłaciliśmy uzgodnioną kwotę i dostaliśmy druczek potwierdzający nasz powrót do Guilin za 2 dni. Wszystko więc okazało się łatwiejsze niż nam się wydawało. „Jedynym” utrudnieniem było to, że cała komunikacja odbywała się po chińsku… Usłyszenie angielskiego słowa od Chińczyka w tamtym regionie graniczyło z cudem, więc ja, jako jedyna osoba posługująca się chińskim, miałam na sobie odpowiedzialność za całą moją rodzinę i pół autobusu, w którym zdezorientowani ludzie prosili o przetłumaczenie każdej rozmowy, którą odbywałam z Chińczykami pytając o autobusy, bilety czy inne wskazówki.

Kiedy przejechaliśmy przez Longsheng, dało się odczuć, że jesteśmy coraz bliżej! Otaczały nas zielone wzgórza a autobus zaczął się telepać na pełnej dziur i serpentyn, nierównej drodze. Po 30 minutach, ktoś krzyknął, że dojechaliśmy do wioski Dazhai 大寨镇. Pora więc na opuszczenie autobusu i znalezienie hotelu! Kiedy tylko opuściłyśmy autobus, obskoczyła nas gromada Chinek przekrzykujących się nawzajem. Cudem, udało mi się zrozumieć, że te malutkie, chude kobietki z koszami chcą pomóc nam nieść nasze bagaże. Pewni, że sami poradzimy sobie najlepiej, zaczęliśmy iść przed siebie, jedyną dróżką, którą widzieliśmy. Chinki oczywiście za nami! Nagle, zdałam sobie sprawę, że nie wiemy gdzie jest nasz hotel! Jakie było nasze zdziwienie, kiedy pokazując jednej z nich adres, zobaczyliśmy palca wskazującego na jeden ze szczytów gór! Tak wysoko? Jakim cudem?!

Warto zaznaczyć, że przez 2 tygodnie po Chinach podróżowaliśmy z walizkami. Plecaki byłby o wiele lepszym rozwiązaniem, ale biorąc po uwagę ilość dni spędzonych w podróży zdecydowaliśmy się wziąć walizki, z którymi jednak w tej wiosce wyglądaliśmy dosyć komicznie! Przerażeni, że czeka nas wspinaczka życia i to z walizkami, zapytaliśmy jeszcze kilka innych osób o adres naszego hotelu. Wszyscy potwierdzali, że to „któryś z tych na górze” a wspinaczka potrwa około godziny. Panie z koszami obiecywały, że wzniosą nasze walizki na sam szczyt, oczywiście za odpowiednią zapłatą. Nam nie chciało się wierzyć, bo jak niby ta urocza, ale chudziutka 60-letnia Chinka, może wnieść nasze walizki w koszach mniejszych od naszych 20-kilowych walizek?! Zdesperowani, zaczęliśmy więc szukać innego rozwiązania. 

Jedna z nich zaproponowała nam, że zadzwoni po kierowcę, który zawiezie nas na górę. Ta wizja wydawała się bardziej prawdopodobna, więc trochę się potargowaliśmy i po 5 minutach jechaliśmy już do hotelu. TAKĄ DROGĄ NIE JECHAŁAM JESZCZE NIGDY W ŻYCIU. Totalny offroad, brak asfaltu, drogi wykopane na zboczach gór. Niemożliwością  byłoby dojście tamtędy z walizkami! Po 30 minutach jazdy, kierowca powiedział, że droga się skończyła i dalej musimy iść na pieszo. Hmm ciekawe jak długo… W tym miejscu pojawił się z nikąd jeszcze jeden mężczyzna oznajmiający nam, że jest właścicielem naszego hotelu oraz synem naszego kierowcy, hah! Oboje pomogli nam z walizkami i zaprowadzili nas do hotelu, który 3 miesiące wcześniej upatrzyłyśmy z booking’u. Skąd wtedy mieliśmy wiedzieć, że tak ciężko będzie się do niego dostać?! Jednak po 10 minut dotarliśmy do celu i zrozumieliśmy, że było warto! Nasz hotel okazał się być klimatycznym drewnianym domem z wielkim tarasem, z którego rozpościerał się widok na ogromne Tarasy Ryżowe Smoczego Grzbietu. Lepiej być nie mogło! Sami zobaczcie! Poniżej widok z naszego balkonu!

Jeszcze tego samego dnia zdecydowaliśmy się na wędrówkę do jednego punktu widokowego West Hill Music 西山韶乐. Wieczorem poprosiliśmy właściciela hotelu, który okazał się również naszym recepcjonistą, kucharzem oraz majstrem- o kolację. Zjedliśmy posiłek z widokiem, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie mieliśmy przed oczami i poszliśmy spać ciekawi tego, co wydarzy się jutro.

DZIEŃ DRUGI

Dziś w planach mieliśmy hiking po otaczających nas terenach. Tarasy ryżowe Smoczego Grzbietu Longsheng 龙胜 w prowincji Guangxi to wizytówka Chin, bez wątpienia. Zostały zbudowane już 500 lat temu a ich konstrukcja trzyma się aż do dzisiaj. W najwyższych punktach sięgają aż 800 m. n.p.m. a ich wygląd różni się w zależności od pór roku. Wiosną pola są nawadniane, więc poszczególne partie połyskują odbijającą się w słońcu wodą. Latem wszystko rośnie, więc dominuje kolor zielony a wodne tarasy zamieniają się w zielone, tarasowe pagórki. Jesienią pędy ryżu zmieniają kolor na złoty a w zimie puste pola pokrywane są srebrzystym szronem.

Poranek w tym miejscu będę wspominać długo. Obudziłam się wraz z wschodzącym słońcem, zjadłam śniadanie w ciszy, delektując się wyjątkową panoramą. Nauczeni doświadczeniem przedyskutowaliśmy planowaną trasę wspinaczki z naszym właścicielem, który doradził nam jak najłatwiej dojść do tych najciekawszych punktów.

Z naszej wioski Tian Tou 田头寨wybraliśmy się w stronę Golden Buddha Peak 金佛顶 . Dróżki, którymi się poruszaliśmy prowadziły centralnie po tarasach różowych. Byliśmy w samym centrum tego magicznego miejsca! Co chwilę znajdowaliśmy potok z czystą górską wodą, oglądaliśmy się za siebie, żeby podziwiać piękne widoki i napawaliśmy się ciszą, „zakłócaną” jedynie przez wiatr, świergot ptaków czy szum wody. Idąc wydreptanym „szlakiem”, nie spotkaliśmy prawie nikogo. Minęło 1,5 godziny i doszliśmy do celu.

Ze wzgórza Złotego Buddy rozciągał się bajeczny widok! Zaczęliśmy się też zastanawiać, skąd wzięli się wszyscy ci ludzie, skoro po drodze nie minęliśmy nikogo?! Okazało się, że z wioski do której wczoraj dojechaliśmy autobusem, do Wzgórza Buddy można dojechać gondolą. Jednak nigdy nie oddałabym doświadczeń związanych z wędrówką, gdyby nawet ktoś wsadził mnie do tej gondoli za darmo! W takich miejscach trzeba podążać swoimi ścieżkami i szukać energii, a nie korzystać z najprostszego sposobu aby znaleźć się na górze. Wtedy wszystko cieszy jeszcze bardziej! 

Obeszliśmy Golden Buddha Peak i położony obok Eagle’s Flying Scenic Spot, skosztowaliśmy lokalnych specjałów – ryżu grillowanego w bambusie, czegoś co wyglądało jak cukinia ale smakowało jak ogórek i ruszyliśmy dalej, tym razem w dół. Zeszliśmy do wioski Dazhai. Zatrzymaliśmy się na obiad, w tracie którego podeszła dla nas chińska nastolatka, niesamowicie zainteresowana celem naszej podróży. Wypytywała skąd my Polacy wiemy o wiosce, w której ona się urodziła i dlaczego przelecieliśmy tyle tysięcy kilometrów, żeby się tu znaleźć! Chińczycy zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, że te piękne tereny prowincji Guangxi są dosyć popularne i znane w Europie!

Na popołudnie zostawiliśmy sobie ostatni punkt widokowy Thousand Layer to the Heaven 千屋天梯. Ten punkt nadaje się również idealnie na podziwianie wschodu słońca! 

Po całym dniu wędrówki, zmęczeni, spoceni i opaleni wzięliśmy szybki prysznic, zasiedliśmy na tarasie i oglądaliśmy to, czego nie można zobaczyć prawie nigdzie indziej na świecie! 

Poprosiliśmy też właściciela hotelu, aby jego tato przyjechał po nas jutro i zabrał nas na dół, tak jak to było wczoraj. Bilety powrotne do Guilin juz mieliśmy, także tym razem spokojnie poszliśmy spać, myśląc, że jesteśmy doskonale przygotowani na kolejny dzień. Nie zapominajmy, że to Chiny. Jak było naprawdę? O tym już niedługo!

 

TARASY RYŻOWE LONGSHENG – WSKAZÓWKI 

  1. Dojazd: Autobus, którym dostaliśmy się do Longsheng odjeżdżał spod Hong Kong Plaza w Guilin. Bilety (50 RMB) kupił nam recepcjonista w hostelu, w którym zatrzymaliśmy się dzień wcześniej. Dojeżdżając do Longsheng, kierowca kazał nam wyjść z autobusu, kierując każdego do odpowiedniego mniejszego busa, jadącego do konkretnej wioski.
  2. Wjazd na teren pól ryżowych kosztuje 100 RMB (60zł.).
  3. Zawsze pomyśl wcześniej o bilecie powrotnym. Są one sprzedawane w autobusie podczas trasy Guilin – Longsheng. Pierwszy autobus do Guilin wyjeżdża o 9 rano i jest to najlepsza opcja dla wszystkich, którzy tego samego dnia chcą dotrzeć jeszcze do Yangshuo.
  4. Żeby uniknąć problemów, przygotuj sobie adres swojego zakwaterowania również po chińsku. Angielskie nazwy nic tam nikomu nie mówią.
  5. Rezerwując nocleg przed wyjazdem, zwróć uwagę na ukształtowanie terenu oraz wioskę, w której znajduje się Twój hotel. Będąc na miejscu, potwierdź kilka razy czy autobus, w którym siedzisz na pewno dojedzie do miejsca, gdzie znajduje się Twoje zakwaterowanie. 
  6. Pamiętaj o wygodnych i stabilnych butach a jeśli podróżujesz w lecie weź ze sobą lekkie i przewiewne ubrania. Jesienią z kolei przeciwdeszczową kurtkę.
  7. Pamiętaj, że zawsze jest lepsze rozwiązanie niż wchodzenie w góry z walizką, żeby znaleźć hotel, czyli: jeśli nie wiesz co robić, zatrzymaj się i pomyśl. Nie ulegaj krzykom pierwszych napotkanych osób. Jeśli nie jesteś czegoś pewny, to dopytaj. Lepiej być średnio zorientowanym cudzoziemcem mającym tysiąc pytań, niż zgubionym pośrodku niczego białym człowiekiem, szukającym hotelu od kilku godzin. 
  8. Nie zapominaj o wodzie!
  9. Nie opuszczaj hotelu w dzień bez znajomości swojego adresu. W razie zgubienia się, warto pokazać go lokalnym i liczyć na pomoc. 

 

Opublikował/a

optymistyczna studentka psychologii stosowanej i j. chińskiego. marzycielka. wieczna podróżniczka. kochająca fotografię, dobre jedzenie, piękne miasta, wciągające książki, ciekawych ludzi, magiczne chwile. nielubiąca się nudzić, wdzięczna, pozytywnie nastawiona do świata.

2 myśli w temacie “Tarasy ryżowe i nasze przygody | CHINY

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s