Dlaczego warto lecieć na Filipiny?

Podróż na Filipiny zaczęłam planować jesienią 2017 roku. Przygotowywaliśmy przeloty, rezerwowaliśmy hotele, sprawdzaliśmy jakie miejsca warto zobaczyć. Zdecydowaliśmy się zwiedzić Palawan, Coron i Cebu. Wydawało się, że dzień przed wylotem wszystko mieliśmy dopięte na ostatni guzik i szykuje się urlop marzeń. Jednak życie lubi płatać nam figle i zaskakiwać w najbardziej niespodziewanych momentach. Mimo, że nie wszystko przebiegło tak, jak zaplanowaliśmy, znalazłam na Filipinach swoją cząstkę świata.

A dlaczego warto tam polecieć?

1.Dla ludzi. Filipińczycy okazali się najbardziej przyjaznym narodem świata, jaki poznałam do tej pory! Uśmiechnięci, zadowoleni, otwarci. Bardzo pomocni i uczciwi. Obcy zaczepiali nas zwykłym „hello”, dzieci same z siebie przybijały „high 5” a od każdego człowieka można było poczuć zwyczajną serdeczność. Sprzedawcy, kelnerzy, recepcjoniści czy osoby obsługujące island hopping zawsze zwracały się do innych na „sir” czy „mam”. Dobra kultura na wysokim poziomie.

2. Dla najpiękniejszych plaży. Wysypanych białym piaskiem, zalanych krystalicznie czystą wodą, pełnych kolorowych filipińskich łódek, zarośniętych soczystą zieloną roślinnością spod której przedzierają się ciemne skały. Widoki są nieziemskie, ale żeby zobaczyć te najpiękniejsze miejsca trzeba uważnie przejrzeć oferty island hopping’u. Nie wszędzie tam gdzie turyści, są bowiem najpiękniejsze krajobrazy. Z całego serca polecam Smith Beach, Banana Island, Malcapuya Beach i Bulog Island. Istny raj na ziemi!

3. Dla najsłodszych mango. Po 2 tygodniach mogę z pewnością powiedzieć, że dla mnie smak Filipin to przede wszystkim smak mango i wszystko, co Filipińczycy z nim wyprawiają! Świeże soki (mango, mleczko skondensowane, lód mniam!), koktajle (Mangoritta, Mango Mohito), naleśniki (z nutellą i mango) czy lody można jeść bez końca! Filipińskie mango w 1995 roku zostało nawet wpisane na Listę Rekordów Guinessa jako najsłodsze mango na świecie!

EL NIDO DSC_0412

4. Dla island hopping. Całodniowe rejsy 10-12 osobową łódką po pięknych wyspach Filipin to najlepszy sposób, aby zobaczyć piękno jakie w sobie skrywają. Warto jednak uważnie przyjrzeć się ofertom miejscowych biur i nie zawsze wybierać się na najbardziej popularne wycieczki. Mniej znane miejsca są o stokroć piękniejsze niż te, w których nie można nacieszyć się ciszą i dzikością. Dlatego będąc na Coron, oprócz „obowiązkowego” Tour’u A i B, warto zdecydować się też na „Island Escapade Tour” i spędzić dzień w piękniejszych zakątkach, pozbawionych turystów. Malcapuya Beach zdobyła moje serce! Na Palawanie zdecydujcie się na pewno na Tour A i C. 

5. Dla cen. Walutą na Filipinach jest Filipińskie Peso PHP. 100 PHP to ok. 6,50 zł. Mimo, że Filipiny w porównaniu do innych azjatyckich destynacji tj. Chiny czy Wietnam są nieco „droższe” to i tak, w porównaniu do Europy czy Ameryki, na miejscu nie trzeba tak bardzo przejmować się funduszami. Oczywistym jest, że najtańsza jest kuchnia filipińska, jak i azjatycka. Średnia cena za śniadanie to ok. 150 PHP (10zł), lunch / kolację ok. 250-300 PHP (17-20 zł). Wypożyczenie skutera na cały dzień to jedyne 500 PHP (30 zł). Owoce były droższe niż przypuszczałam. Za kilogram mango płaciłam ok. 180 PHP (12 zł), a za kilogram bananów 120 PHP (8zł). Zamiast kupować mango opijałam się więc przepysznymi, gęstymi, świeżymi sokami, za które płaciłam ok. 100-150 PHP (6,5-10 zł). A jeśli o cenach mowa to warto zwrócić uwagę jeszcze na jedną rzecz.

6. Dla uczciwości. Targowanie się w Azji to rzecz normalna i wszechobecna. Filipiny nie są tutaj żadnym wyjątkiem, ale muszę przyznać, że ceny nie są ani zbyt wygórowane, ani stworzone z myślą o bogatych klientach. Te same rzeczy w każdym ulicznym sklepiku czy bazarze mają takie same ceny. Wszędzie panuje azjatycki luz. Czasem miałam wrażenie, że Filipińczykom nawet nie zawsze zależy na sprzedaży czegokolwiek, kiedy zapatrzeni w mały telewizorek z filipińską telenowelą odpowiadali mi na pytanie ile co kosztuje. Wątpię, żeby ktokolwiek mógł tam zostać w jakikolwiek sposób oszukany. Jednym wyjątkiem kiedy „trzeba” zapłacić więcej jest pierwszy transport po przybyciu na wyspę czy to samolotem czy promem. Przy ulicy ustawiają się dziesiątki trójkołowców i znów wszyscy dyktują takie same ceny, jednak lekko wygórowane. Turyści płacą, bo muszą dostać się do hotelu ale później okazuje się, że za tą samą cenę można przejechać dużo dłuższy dystans.

EL NIDO DSC_0449

7. Dla trójkołowców. Nie uwierzycie, jak ogromne było nasze zdziwienie, kiedy po wyjściu z „lotniska-szałasu” na Palawanie nie znaleźliśmy żadnych taksówek, ani nawet autobusów, tylko cały parking trójkołowców i … szefa, który rozdawał‚ numerki, żeby każdy zgodnie z czasem przybycia do kolejki dostał się do swojego kierowcy! Pierwszą podróż wspominam najlepiej. Mimo, że oprócz kierowcy była jedynie nasza dwójka i dwie walizki przymocowane prowizorycznie sznureczkami, żeby czasem po drodze nie wypadły to trójkołowiec ledwo podjeżdżał pod nawet lekką górkę. Z kolei przed zjazdem z góry miałam nie małego stracha patrząc na znak drogowy „check your brakes!”. Trójkołowiec stał się naszym środkiem transportu na porządku dziennym i z czasem bez wysiłku potrafiliśmy zmieścić się w 5 osób. Na Coron było trochę więcej miejsca, więc dało rade jechać nawet w 7 osób.

EL NIDO DSC_0532

8. Dla kokosów. Ahh te koksy… Filipińczycy mają ich pod dostatkiem, a takie osoby jak ja nie mogą się od nich oderwać przez cały pobyt! Cena za kokosa to 20-100 PHP (1,30-6,50zł) w zależności od tego czy chcecie kupić koksa na jednej z najpopularniejszych plaży czy po prostu w szałasie przy drodze. Po wypiciu wody kokosowej zawsze prosiłam o przecięcie kokosa na pół, żeby zjeść jego przepyszny środek, który na Filipinach nazywaliśmy BUKO. Filipińczycy mają patent na wszystko. Za pierwszym razem zastanawialiśmy się jak zjemy ten miąższ skoro nie mamy nawet żadnej łyżeczki. Filipińczyk wyciął nam jednak super poręczny „spoon” ze skorupy naszego kokosa. Natura, to lubię! 

9. Dla jedzenia generalnie. Przed podróżą naczytałam się wiele opinii, że jedzenie na Filipinach nie należy raczej do najlepszych. Na miejscu pozytywnie się zaskoczyłam bo kuchnia filipińska to tak naprawdę kuchnia całego świata. Przez 2 tygodnie potrafiliśmy znaleźć pyszne tajskie phat thai, chińskie noodle, japońskie sushi, włoską pizzę na cienkim cieście, dobrze doprawione meksykańskie buritto, makrony pływające w kremowym sosie czy nawet soczystego burgera z super wypieczonymi frytkami! Lokalne filipińskie powiedzenie mówi, że kuchnia filipińska została przygotowana przez malezyjskich osadników, doprawiona przez Chińczyków, duszona przez Hiszpanów i „zhamburgeryzowana” przez Amerykanów. Chyba muszę się zgodzić! 

10. Dla pobycia w ciszy i spokoju chociaż przez chwilę. Dlaczego? Bo w naszym przypadku gdziekolwiek byśmy nie byli, to akurat tam nie było internetu. To znaczy „był, ale nie działał”. Mimo, że czasem chciałoby się nawiązać kontakt ze światem, taki przymus odłączenia się od wszystkiego na 2 tygodnie to świetna okazja na prawdziwy odpoczynek, delektowanie się tym, co widziały oczy, doświadczanie wszystkiego mocniej i czerpanie z tego jeszcze więcej przyjemności. 

11. Dla masaży. Chatka na plaży a w niej 4 łóżka do masażu i 4 masażystki gotowe do sprawienia Ci godzinnej przyjemności. Masaż na świeżym powietrzu przy dźwięku szumu fal to prawdziwa bajka! Ceny oczywiście azjatyckie 500-1000 PHP (35-65 zł). Jakość też azjatycka, czyli taka jak być powinna. Wszystkim spalonym słońcem, polecam masaż aloesem. Idealnie ratuje skórę i nawilża ją po poparzeniach słonecznych. 

12. Dla zachodów słońca. Zachodów, które za każdym razem opisywałam jako „najpiękniejszy zachód w moim życiu” … a potem widziałam kolejny jeszcze piękniejszy. Kolory na niebie, wiatr wzburzający palmy, falująca tafla wody – to wszystko sprawiało, że godzina 6 wieczorem stała się na Filipinach moją ulubioną porą!

Jeśli macie jakiekolwiek pytania na temat podróżowania po Filipinach, piszcie śmiało! Z radością będę mogła Wam pomóc! A jeszcze bardziej ucieszę się, jeśli podzielicie się ze mną swoimi wrażeniami na temat tego kraju. 

Angelika

EL NIDO DSC_0238

Opublikował/a

optymistyczna studentka psychologii stosowanej i j. chińskiego. marzycielka. wieczna podróżniczka. kochająca fotografię, dobre jedzenie, piękne miasta, wciągające książki, ciekawych ludzi, magiczne chwile. nielubiąca się nudzić, wdzięczna, pozytywnie nastawiona do świata.

3 thoughts on “Dlaczego warto lecieć na Filipiny?

    1. Wrócimy tam jeszcze kiedyś żeby zobaczyć jak to jest spędzić beztroski i spokojny czas na Filipinach a nie pełen stresów i niepotrzebnych wypadków 🤣🙏 Mimo to, dziękuję że byłeś tam ze mną!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s