100 dni, kiedy naprawdę żyłam! | WORK&TRAVEL 2016

Jestem! Żyję! Melduję się z Krakowa!

Choć z bólem serca, to wróciłam z mojej mlekiem i miodem płynącej ziemi obiecanej. I tak, mimo że te słowa brzmią jak przedawniony stereotyp, są prawdziwe! Spełniłam swój American Dream, o którym marzyłam przez całe 21 lat i jestem cholernie wdzięczna za te dokładnie 100 dni, które udowodniły jeszcze bardziej, że w życiu najpiękniejszych i najbardziej wartościowych chwil nie da się opisać, tego trzeba po prostu doświadczyć. I życzę tego każdemu.

Oczywiście, oprócz tego utwierdziłam się w przekonaniu, że każde marzenie prędzej czy później staje się planem, który po jego realizacji, pozostaje pięknym wspomnieniem. Zobaczyłam, że świat dla każdego stoi otworem. Że, na prawdę wszystko, bez względu na to jak odległe się wydaje, może w mgnieniu oka stać się słodką codziennością. Wierzę, że w życiu nie ma przypadków i wszystko ma swój cel. Jaki był cel mojego wyjazdu? Jeszcze nie udało mi się go sprecyzować, ale wiem, że przeżycie 100 dni w Ameryce dostarczyło mi największego wachlarzu emocji, jaki tylko można sobie wyobrazić. Niezliczonej liczby uśmiechów, niezapomnianych chwili, krajobrazów jak z bajki, małych i większych problemów, interesujących poglądów z dalekich zakątków świata, różnych spojrzeń na życie, otwarcia się na obce kultury.. I wiecie co? Właśnie zdałam sobie sprawę, że dzięki temu wszystkiemu, ja nie poleciałam tam na wakacje, ani do pracy, czy nawet po podróż życia. Poleciałam tam, żeby ŻYĆ!

PO PROSTU ZACZNIJ

Wszyscy są ciekawi, jak to się zaczęło… No więc, zalana łzami, pożegnałam się z rodziną na PKP we Wrocławiu. Wsiedliśmy w pociąg i po 4 godzinach dojechaliśmy do Warszawy, gdzie przespaliśmy się w hostelu pełnym erasmusowych studentów, tylko po to, żeby z samego rana pojechać taksówką na Okęcie. Wsiedliśmy w samolot, przesiedliśmy się do kolejnego w Berlinie, po czym po przedarciu się przez kłęby chmur z samego rana (-6 godzin w tyłu) wylądowaliśmy w Chicago – wietrznym mieście Ameryki! Mieliśmy 9 godzin do odjazdu pociągu, wiozącego nas do Sandusky – naszej stacji docelowej. Na lotnisku w
Chicago, najłatwiej jest skorzystać z trasy blue line, która dojeżdża do samego downtown. Trzeba jednak zawsze założyć sobie więcej czasu na wszelkie dojazdy, bo z lotniska wcale nie tak łatwo się wydostać. Jednak, dzięki amerykańskiej uprzejmości, spotykanej na każdym kroku, jest to bez problemu do zrobienia 🙂 Zdecydowaliśmy się na to, co polecam wszystkim mającym do dyspozycji choć kilka godzin na zmianę środku transportu – zwiedziliśmy centrum.

Bagaże zostały w szafkach na Union Station (18$ za sporą szafkę dla 2/3 osób za cały dzień – lepsze to, niż jeżdżenie z walizkami przez kilka godzin), więc wolni i weseli ruszyliśmy na podbój pierwszego amerykańskiego miasta. Do Chicago być może wrócę później, dodam zdjęcia i opiszę najfajniejsze miejsca! Ale był to na prawdę super pomysł, bo już pierwszego dnia zobaczyliśmy kawałeczek Stanów i zachłysnęliśmy się ich wyjątkowością! Bez względu na to, gdzie lecicie, postarajcie się zobaczyć cokolwiek przez rozpoczęciem pracy, żeby nie czekać 2 miesięcy do rozpoczęcia pierwszego zwiedzania 🙂

01-chicago-thumb_img_4461_1024Ostatni odcinek podróży pokonaliśmy pociągiem AMTRAK, które bardzo polecam, bo oprócz dobrej ceny za przejazd, fotele po rozłożeniu przypominają olbrzymie łóżka, w których przespałam całą podróż (https://www.amtrak.com/home). Przed stacją docelową przemiła pani konduktor budzi pasażerów, bo każdy ma nad swoim miejscem karteczkę ze swoim celem podróży! Czyż nie idealny pomysł? W Stanach, gdzie trasy czasem trwają po kilkanaście godzin a za oknem widać po prostu naturę a więc ciężko sprecyzować obecną lokalizację, to wręcz konieczne.

 

MÓJ PRACODAWCA

Cedar Point, Sandusky, OHIO

Jak już wcześniej pisałam, na swojego pracodawcę wybrałam park rozrywki Cedar Point, z sieci Cedar Fair. Sandusky okazało się być malutkim miasteczkiem, słynącym tylko i wyłącznie z tego właśnie parku, co ściągało do tego miejsca turystów ze wszystkich pobliskich stanów! Decydując się na wyjazd, właściwie niczym nie musimy się martwić, bo o nasze zakwaterowanie dba pracodawca. W moim przypadku w akademikach, powszechnie nazywanych „Commons” mieszkała większość pracowników Cedar Point. Do „housing office”, znajdującego się właśnie na terenie commons’ów, dotarliśmy po 36 godzinach od wyjazdu z Wrocławia, dużo po północy. Ucieszeni, ale zmęczeni. Zależało nam już jedynie na otrzymaniu miejsca w pokoju i położeniu się spać. Pech chciał, że przed nami check-in’owała się cała grupa nowo przybyłych Azjatów, co zajęło stanowczo za duużo czasu… Następnie okazało się, że większość pokoi jest już zajętych i musimy dostać miejsca nie na terenie akademików, ale na terenie parku! Jedyną opcją, aby się tam dostać był telefon z recepcji do funkcjonariuszy policji, ponieważ park znajdował się na cyplu, do którego w nocy nie kursowały już busy, a droga była wyłączona z ruchu dla pieszych. Więc już pierwszego dnia przejechałam się amerykańskim radiowozem z policjantem w roli szofera! Od samego początku nie było jednak tak kolorowo. Pokoje, które dostaliśmy nie okazały się jednak miejscem naszych marzeń. Z samego rana obudził mnie huk pędzącego rollercoastera jakieś 20 metrów od okna i mewy! Oh mewy! One były wszędzieee! A do łazienki trzeba było iść dobre 2 minuty.. Na drugi dzień, udało się jednak zmienić pokoje i zamieszkać na terenie akademików już poza parkiem, jednak nowe współlokatorki – Amerykanki, nie były najwidoczniej zachwycone, że zamieszkają z nimi 2 Polki i bardzo utrudniały życie…. W końcu razem z dwoma nowo poznanymi dziewczynami z Polski oczywiście (trzeba się wspierać, a co!), dostałyśmy nie pokój a apartament! Świetne mieszkanko z osobną sypialnią z 4 łóżkami, łazienką w dobrym standardzie, dużym pokojem z kuchnią i lodówką! Takich rarytasów nie było oczywiście w zwykłych pokojach w akademikach! Trafiłyśmy najlepiej, jak można było! Mimo, że „męczyłam się” przez 3 pierwsze dni, to później totalnie o tym zapomniałam, bo po co myśleć o tym, co było skoro można się cieszyć tym, co jest teraz? 🙂 

Jeśli chodzi o samą pracę, to zawsze najpierw musimy zostać przeszkoleni. Jeszcze w Polsce, a dokładnie na targach pracy w marcu, na których doszło do spotkania wszystkich uczestników z przedstawicielem Cedar Point – przegenialnym Jasonem, wybieramy stanowisko, na jakim chcemy pracować. Pula jest duża. Ja wybrałam „ride operator”, ponieważ zależało mi, żeby spędzać czas na powietrzu, mieć kontakt z ludźmi, pracować nie samodzielnie a w teamie i oczywiście nauczyć się obsługi tych ogromnych rollercoasterów! Przez pierwsze 2,3 dni każdy z pracowników przechodzi przez szkolenia związane bezpośrednio ze swoją „działką”. Nas uczyli ogólnych zasad panujących na terenie parku, kultury, cedar point’owego savoir vivre, reguł obowiązujących na terenie commonsów etc. W ostatni dzień każdy zdawał banalnie prosty egzamin IROC test, który umożliwiał podjęcie pracy na kolejce już następnego dnia.

Co z wyborem kolejki? Z tym też było ciekawie. Przez cały rok przed wyjazdem, myślałam sobie „wszystko, tylko nie dzieci!”. Nie chciałam pracować z młodszymi, bo wiedziałam, że to większy stres, niż może się wydawać. I co dostałam? Na okładce grubej książki, która okazała się być instrukcją mojego miejsca pracy widniał napis „Kiddy Kingdom”. Nie brzmiało to jak bijący rekordy prędkości rollercoaster…  I tak, już następnego dnia wylądowałam na placu wypełnionym 11 karuzelami dla dzieci w wieku mniej więcej od 2 do 6 lat… Nie byłam zachwycona. Nie było tam też żadnego zadaszenia, więc słońce grzało okropnie przez totalnie cały dzień! Dodatkowo nie zawsze miłe dzieci utrudniały pracę a nadwrażliwi rodzice potrafili mnie mocno zdenerwować. Dałam radę tydzień, ale po nim stwierdziłam „O niee! Muszę to zmienić!”. Poszłam do managera mojej części parku, przedstawiałam argumenty z uśmiechem na twarzy, usłyszałam „I’ll see, what I can do” i liczyłam na cud. Długo nie musiałam czekać, bo juz po 2 dniach zobaczyłam w swoim planie, że zostałam przeniesiona na Wicked Twister – pokręconą kolejkę osiągającą w mgnieniu oka prędkość 120km/h! Zaczęłam pracę tam i stwierdziłam, że jest idealnie! Kolejka była położona przy samym jeziorze. Przez całe dnie, wpatrując się w wodę, uruchamiałam swój umysł i pobudzałam kreatywność, planowałam każdy kolejny dzień a nawet i podróż, która miała odbyć się we wrześniu! Woda mnie uspokajała. Zarówno supervisor, jak i cały team okazał się bardzo sympatyczny! Pracowałam z ludzi ze Stanów, Kolumbii, Tajwanu czy Ekwadoru! Praca nie była ciężka. Od wody czuć było przyjemną bryzę, więc wszyscy pracownicy zazdrościli nam naszego klimatu! A zachody słońca? Najpiękniejsze, jakie w życiu widziałam, a po nich niesamowicie rozgwieżdżone niebo! Jednym słowem, Wicked Twister stał się moim domem na czas pracy, do którego chodziłam z uśmiechem na twarzy każdego dnia!

Na tym przykładzie chciałam pokazać, że początki ZAWSZE bywają ciężkie. Nawet w Ameryce. Kiedy zobaczyłam swój pierwszy pokój, albo dowiedziałam się o Kiddy Kingdom, przez sekundę miałam ochotę uciec. W takich momentach wystarczy zacisnąć zęby i pomyśleć, że będzie lepiej, bo wszystko zależy od nas. Na takim wyjeździe nie można się poddawać. Zawsze trzeba walczyć o swoje, bo w przypadku kiedy w parku pracuje 6.000 osób, nikt nie będzie o nas pamiętać. Sami musimy o siebie i swój komfort zadbać. Tak, jak w życiu. W każdym nowym miejscu, trzeba dać sobie kilka pierwszych dni na aklimatyzację. Trzeba się przyzwyczaić do nowej codzienności, która na pewno będzie się różnić od tej zwyczajnej.

Bez względu na to, jak uciążliwe były pierwsze dni, wiedziałam, że poleciałam do Stanów po to, żeby zrealizować swoje od dziecka istniejące marzenie i nic nie jest w stanie mi w tym przeszkodzić. Dlatego, powtarzam, nie ma się co zrażać na początku. Nie nie nie. Każdy kolejny dzień był tylko lepszy, aż doszło do tego, że gdyby nie rodzina, za którą tęskniłam, rozważałabym opcję zostania tam na wieczność…

No dobra, może na parę lat.

06-cedarpointovelovethumb_img_6551_1024

Pytania? Wątpliwości? Niepewności? Z radością odpowiem na wszystkie 🙂

Buziaki, 

A.

Opublikował/a

optymistyczna studentka psychologii stosowanej i j. chińskiego. marzycielka. wieczna podróżniczka. kochająca fotografię, dobre jedzenie, piękne miasta, wciągające książki, ciekawych ludzi, magiczne chwile. nielubiąca się nudzić, wdzięczna, pozytywnie nastawiona do świata.

7 thoughts on “100 dni, kiedy naprawdę żyłam! | WORK&TRAVEL 2016

  1. Super! Uśmiecham się do siebie jak to czytam 🙂 Widać, że prawo przyciągania i pozytywnego myślenia pomogło Ci w ciężkich sytuacjach. Ja planuję wyjazd do USA jako au pair. Myślałam też o wyjeździe Work&Travel, ale jednak ostatecznie wybrałam program au pair. Mam nadzieję, że uda mi się szybko znaleźć rodzinę i niedługo będę mogła cieszyć się Stanami 🙂

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s